In

Klasyka The Balm - Mary-Lou Manizer

Sprawdziłam bardzo dokładnie - dotąd zrobiłam tylko jedną recenzję kosmetyczną. Śmiechem, żartem ale pozytywnie przyjęło ją też męskie grono moich czytelników twierdząc, że może w ten sposób pomogę w wyborze prezentu partnerce. Tak więc panowie i panie, trzymajcie się bo kolejna propozycja już do Was leci /albo kolejna pozycja na Waszej wishliście/
Chcę też wspomnieć o jednej rzeczy o której czytelnicy mojego bloga mogą nie wiedzieć /bo weszła w życie po opublikowaniu ostatniego postu/. Jak wiecie mam swojego prywatnego SnapChata (@shinynekomura) ale! od niedawna co poniedziałek prowadzę blogowego Snapa na koncie @blog_ers - jeśli chcecie posłuchać trochę mojego gadania, obejrzeć trochę vlogów i tagów to zapraszam na poniedziałki z Nekomurą!


Na wstęp powtórzę to co każdy w internecie pisze- rozświetlacz Mary-Lou od The Balm to klasyka. A rozświetlaczy na drogeryjnych półkach mało tak jak ogółem i na polskim rynku. Nasz kraj i w makijażu jest trochę do tyłu bo nawet słownik na PC-cie tego słowa nie zna. Ale nie ważne. Dziś "bierzemy pod lupę" /zabrzmiało strasznie szafiarkowo/ kolejną firmę z wyższej półki cenowej i kosmetyk za 90 zł.

Będę pracować sumiennie i zaczniemy od wierzchu czyli pudełka. To, że większość osób choć trochę bardziej w temacie makijażu kojarzy grafikę sławnej Mery już wiemy. Samo opakowanie jest wykonane z twardego plastiku z lusterkiem. Co prawda za tą cenę liczyłam na metal ale źle nie jest, moja destrukcyjna natura chyba nie da rady go zniszczyć, Okrągłe opakowanie fajnie leży w ręce a do tego pojemnościowo rozświetlacz jest ogromny. Odwołując się znów do ceny - nie wiem czy zużyję go przez następne 2 lata a więc wychodzi po 45 zł na rok, a to chyba nie jest dużo za dobry kosmetyk.


Sama zanim kupię coś drogiego do makijażu czytam jak najwięcej recenzji i ocen w internecie chcąc wiedzieć czy jakość jest warta ceny. Pojemność na 100% jest, wizualnie pudełko zachwyca ale co z jakością? Wcześniej używałam tego rozświetlacza z Wibo, w kwadratowym opakowaniu - nie do porównania. Ten z Wibo trzeba było trzeć a i tak w efekcie na twarz nanosiłam śladowe ilości. Do tego szybko wyparowywał i wyglądał masakrycznie sztucznie bo jak brokat wysypany na twarz. Przy tej pozycji jest inaczej. Wystarczy ledwo przeciągnąć palcem i przekonać się na jak dobrym poziomie jest pigmentacja. Do tego nie muszę się siłować z nakładaniem, przeciągam kilka razy i po sprawie. Rozświetlacz trzyma się cały dzień, nie wygląda ani trochę sztucznie a światło odbija piękną taflą. Ale (!) nie jest to rozświetlacz całkowicie pozbawiony drobinek przypominających brokat, są mikroskopijne ale jednak są i można się ich, przy odpowiedniej dozie uwagi, dopatrzeć.


Mary - Lou sprawdza się cudowne również na oczach, jako samodzielny cień i jako dodatek do każdego innego cienia. Stąd również nie znika jak poprzednik z Wibo, pięknie wytrzymuje cały dzień i to bez jakiejś super bazy bo czasem kładłam go na sam podkład wsmarowany w powiekę chcąc odświeżyć i rozbudzić buzię.

Kolorystycznie jest to produkt jasny jeśli nie bardzo jasny. Idealna pozycja dla osób bladych i poszukujących czegoś dla siebie. Sprawdziłam na sobie, bo z moją bladą cerą ciężko coś dobrać, zawsze wybieram najjaśniejsze podkłady i korektory /aż mam problem z konturowaniem - bo to co innym służy do rozjaśniania, u mnie jest zwyczajnie w kolorze cery/. Na Mary - Lou Manizer czaiłam się od dawna, prawie rok, aż wreszcie, jak na kobietę przystało, by uspokoić nerwy poszłam  na zakupy i zarezerwowałam. I jestem dumna. Od kupienia go makijaż stał się przyjemniejszy i z ręką na sercu Wam go polecam.


W tym roku spełniam wszystkie swoje kosmetyczne zachcianki więc spodziewajcie się jeszcze kilku postów! Do zobaczenia następnym razem!

Related Articles