niedziela, 29 maja 2016

Klasyka The Balm - Mary-Lou Manizer

Sprawdziłam bardzo dokładnie - dotąd zrobiłam tylko jedną recenzję kosmetyczną. Śmiechem, żartem ale pozytywnie przyjęło ją też męskie grono moich czytelników twierdząc, że może w ten sposób pomogę w wyborze prezentu partnerce. Tak więc panowie i panie, trzymajcie się bo kolejna propozycja już do Was leci /albo kolejna pozycja na Waszej wishliście/
Chcę też wspomnieć o jednej rzeczy o której czytelnicy mojego bloga mogą nie wiedzieć /bo weszła w życie po opublikowaniu ostatniego postu/. Jak wiecie mam swojego prywatnego SnapChata (@shinynekomura) ale! od niedawna co poniedziałek prowadzę blogowego Snapa na koncie @blog_ers - jeśli chcecie posłuchać trochę mojego gadania, obejrzeć trochę vlogów i tagów to zapraszam na poniedziałki z Nekomurą!


Na wstęp powtórzę to co każdy w internecie pisze- rozświetlacz Mary-Lou od The Balm to klasyka. A rozświetlaczy na drogeryjnych półkach mało tak jak ogółem i na polskim rynku. Nasz kraj i w makijażu jest trochę do tyłu bo nawet słownik na PC-cie tego słowa nie zna. Ale nie ważne. Dziś "bierzemy pod lupę" /zabrzmiało strasznie szafiarkowo/ kolejną firmę z wyższej półki cenowej i kosmetyk za 90 zł.

Będę pracować sumiennie i zaczniemy od wierzchu czyli pudełka. To, że większość osób choć trochę bardziej w temacie makijażu kojarzy grafikę sławnej Mery już wiemy. Samo opakowanie jest wykonane z twardego plastiku z lusterkiem. Co prawda za tą cenę liczyłam na metal ale źle nie jest, moja destrukcyjna natura chyba nie da rady go zniszczyć, Okrągłe opakowanie fajnie leży w ręce a do tego pojemnościowo rozświetlacz jest ogromny. Odwołując się znów do ceny - nie wiem czy zużyję go przez następne 2 lata a więc wychodzi po 45 zł na rok, a to chyba nie jest dużo za dobry kosmetyk.


Sama zanim kupię coś drogiego do makijażu czytam jak najwięcej recenzji i ocen w internecie chcąc wiedzieć czy jakość jest warta ceny. Pojemność na 100% jest, wizualnie pudełko zachwyca ale co z jakością? Wcześniej używałam tego rozświetlacza z Wibo, w kwadratowym opakowaniu - nie do porównania. Ten z Wibo trzeba było trzeć a i tak w efekcie na twarz nanosiłam śladowe ilości. Do tego szybko wyparowywał i wyglądał masakrycznie sztucznie bo jak brokat wysypany na twarz. Przy tej pozycji jest inaczej. Wystarczy ledwo przeciągnąć palcem i przekonać się na jak dobrym poziomie jest pigmentacja. Do tego nie muszę się siłować z nakładaniem, przeciągam kilka razy i po sprawie. Rozświetlacz trzyma się cały dzień, nie wygląda ani trochę sztucznie a światło odbija piękną taflą. Ale (!) nie jest to rozświetlacz całkowicie pozbawiony drobinek przypominających brokat, są mikroskopijne ale jednak są i można się ich, przy odpowiedniej dozie uwagi, dopatrzeć.


Mary - Lou sprawdza się cudowne również na oczach, jako samodzielny cień i jako dodatek do każdego innego cienia. Stąd również nie znika jak poprzednik z Wibo, pięknie wytrzymuje cały dzień i to bez jakiejś super bazy bo czasem kładłam go na sam podkład wsmarowany w powiekę chcąc odświeżyć i rozbudzić buzię.

Kolorystycznie jest to produkt jasny jeśli nie bardzo jasny. Idealna pozycja dla osób bladych i poszukujących czegoś dla siebie. Sprawdziłam na sobie, bo z moją bladą cerą ciężko coś dobrać, zawsze wybieram najjaśniejsze podkłady i korektory /aż mam problem z konturowaniem - bo to co innym służy do rozjaśniania, u mnie jest zwyczajnie w kolorze cery/. Na Mary - Lou Manizer czaiłam się od dawna, prawie rok, aż wreszcie, jak na kobietę przystało, by uspokoić nerwy poszłam  na zakupy i zarezerwowałam. I jestem dumna. Od kupienia go makijaż stał się przyjemniejszy i z ręką na sercu Wam go polecam.


W tym roku spełniam wszystkie swoje kosmetyczne zachcianki więc spodziewajcie się jeszcze kilku postów! Do zobaczenia następnym razem!

piątek, 20 maja 2016

kimonos wears better

Oja ale ja tego bloga zapuściłam. Tydzień mnie tu nie było, ale tydzień to strasznie dużo. Wyrażam skruchę i powracam. Śmiechem, żartem ale miałam tyle pomysłów na posty, że aż nie wiedziałam od którego zacząć. W końcu się zmotywowałam, posprzątałam pokój, zrobiłam zakupy, poukładałam ubrania w szefie, na koniec wzięłam masło orzechowe i siedzę znów pisząc dla Was.

Najpierw szybko obskoczymy nowości albowiem liczny i pozytywny odzew w komentarzach pod ostatnim postem nakłonił mnie do nagrania pierwszego filmu na YT. Nie chcę Wam nic obiecywać ale postaram się o to z całych sił. Chyba, że stchórzę a jak wiecie jestem miękką kluchą co do tego. Jeśli tylko uda mi się coś zmontować to od razu tu wrzucę, tak samo na instagrama i snapa na które serdecznie Was zapraszam - snap jest pod zdjęciem a instagram w ikonkach! Na snapie ostatnio dość dużo się rozgaduję, głównie dlatego, że Was tam przybywa. W niecały miesiąc uzbierała się pokaźna grupka kotków słuchających moje wypociny. Tak jeszcze tylko powiem, że spojleruje tam przyszłe posty.

Najbardziej burzliwy okres w każdej szkole wyższej, zwany matury, mamy już za sobą. Teraz czeka mnie tylko szybka walka o oceny końcowe. Trudne wyzwanie bo na sam koniec mocno opadłam z sił i motywacji. Żeby Was nie przytłaczać smętami - to dotyczy tylko szkoły. W kwestii bloga i YouTuba wciąż mam taki sam zapał. Może nawet większy bo odezwała się do mnie pewna ciekawa osoba z propozycją.

Jeśli chodzi o zdjęcia i outfit pochwalę się nowym kimonem. Kilka dni temu nie miałam żadnego, teraz mam już dwa. Ogromne, nawet słowo oversize tego nie odpisuje czrno-fioletowe a do tego cieplutkie. Mieszkam w dziwnym miejscu i tu nigdy nie wiadomo czy będzie ciepło czy zimno więc idealne na lato... wiosnę... jesień?By to wszystko dopełnić ciemna szminka od M.A.C, kreski i matowe cienie oraz mała, podręczna torebeczka i żemyk na szyi. Teraz mogę śmigać na spotkanie ze znajomymi, randkę lub cokolwiek innego na mieście.




kimono -- / shirt - thrift shop / jeans - Stradivarius / bag -- / lipstock - M.A.C Arana Grande 

Typowo już po wszystkim wklejam Wam składankę rzeczy od Banggood bardzo podobnych do tych w których robiłam sobie zdjęcia. To tak celem małej integracji, inspiracji i kooperacji. Papa. 

PS. Nie zapomnij kliknąć w liki i wspomóż biedną blogerkę. 

1. black kimono / 2. black bag / 3. black top / 4. matte bag / 5. blck coat / 6. black high heels

sobota, 7 maja 2016

April Notes.

Pierwszy tydzień maja dobiega końca, zanim się obejrzymy skończy się tez rok szkolny. Niektórzy zaczną za chwilę swoje pierwsze, i mam nadzieję, że jedyne, półroczne wakacje.  Z racji tego, że kwiecień za nami wypadałoby go jakoś skromnie podsumować  a robiłam to dotąd raz - na nowy rok co zresztą też było nadto spontaniczne. Kwiecień był, o dziwo, dość emocjonującym miesiącem co w moim spokojnym i raczej introwertyczno-aleinim życiu zdarza się rzadko. A teraz siedząc w cichym domu, czytając książki i w środku nocy wciągając banana i herbatę z azjatyckich kwiatów postanowiłam się tymi przeżyciami z wami podzielić. Mam nadzieję, że nie wyszło zbyt duszyczkowo, nie chciałam ale tak działają na mnie miłe wieczory.

Od stycznia do kwietnia całe moje życie toczyło się pod hasłem "koncert". Nie byle jaki bo do polski zajechało Hollywood Undead. Aż szok uwierzyć ale tak słucham takiej dość wulgarnej i nie każdemu przychylnej muzyki, tak tak wiem, nie pasuje do wizerunku małej, uroczej dziewczynki. W każdym bądź razie słucham ich od wielu lat i spojrzenie na nich na żywo po raz pierwszy było dla mnie ogromnym przeżyciem. Z koncertowego szału nawet nie pamiętam jakie piosenki zagrali za to trzymałam pałeczkę i ledwo wróciłam do hotelu z bólu nóg. Gardła na szczęście nie zdarłam ale to wszystko zasługa obsługi klubu która rozdawała wodę w kubeczkach. Jeśli miałabym to jakoś podsumować to nigdy lepiej nie wydałam kilkuset złotych.

Kwiecień był też dla mnie czasem ciężkiej i pełnej ofiar /na prawdę, ktoś prawie stracił pracę/ walki. Jeszcze w marcu zniszczyłam swój telefon a już w połowie następnego miesiąca ubiegałam się o kolejny. Chłopak w salonie Play coś nakręcił, było sporo niedomówień ale finalnie wyszłam ze swoi nowiusieńkim i najlepszym w moim życiu telefonem - Iphone 6s.

Miniony miesiąc był też czasem zakupów i rozpieszczania samej siebie. Co chwilę byłam w jakiejś restauracji, kawiarni i wydałam trochę pieniędzy na promocji w Sephorze na którą wyciągnęła mnie koleżanka /o czym możecie przeczytać kilka postów w dół!/ Testowałam i testuję też sporo nowych produktów - z Warszawy wróciłam z próbkami podkładów z M.A.C i skrótowo powiem, że nie są dla mnie - ProLongwear po dwóch godzinach wygląda jak mokry chomik. Co innego podkład z Sephory o którym pisałam ostatnio - dwukrotnie tańszy i nieporównywalnie lepszy. Zaczęłam również testować nowy tonik do twarzy do którego zakupu zbierałam się od niepamiętnych czasów. W kwietniu narodziła się we mnie myśl by kupić wszystko to o czym od dawna myślę lecz jakoś nie mogę się kopnąć w dupę i tego zrobić.

Na końcu przyszła pora na najświeższą rzecz albowiem powróciłam do czytania. Zarzuciłam to kilka dobrych miesięcy temu a i wtedy czytałam bardzo mało. Na celownik wzięłam książkę na temat kosmetyki potwierdzając tym samym, że oficjalnie jest to moje hobby. Znalazłam ją na YouTube  i jestem w niej absolutnie zakochana, nie zdradzę u kogo ale zdradzę, że może wkrótce na niego dołączę!

Ostatnio biorę się za wiele typów postów których nigdy w życiu nie robiłam i mam dla Was kilka pytań i mam nadzieję, że odpowiedzi zostawicie mi w komentarzach! Czy chcielibyście przeczytać recenzję wyżej wymienionej książki, czy chcielibyście zobaczyć mnie przed kamerą na YouTube oraz - czy chcielibyście by taka seria podsumowująca miesiąc została na moim blogu na stałe. W każdym poście postaram się wprowadzić coś nowego by nie pisać co miesiąc suchych informacji ale na razie - chcę poznać wasze ogólne zdanie! Czas za 3...2...1.START! A teraz kilka
niepublikowanych zdjęć.







niedziela, 1 maja 2016

Day before finals

Witam Was wszystkich na moim ponad 150 osobowym blogu. Jest mi niezmiernie miło ale przejdźmy już do postu. Na praktycznie każdym blogu post o wiośnie i lekkie outfity a u mnie co rano sypie śnieg. Miło jak na dzień przed majówką. O tym też nie będzie nic specjalnego bo moja introwertyczna natura nie pali się jakoś do imprez w klubach. W planach mam tylko kolejną książkę o cerze, skromne ognisko nad jeziorem i przerabianie matury ustnej z polskiego. Wprawdzie jej nie zdaje ale świetny ze mnie pomocnik polonista.

Chciałam też organizacyjnie wspomnieć, że zmieniłam lekko wygląd bloga /jakby ktoś nie zauważył/. Zniknął pasek kart pod nagłówkiem, zamiast tego są ikonki. A i dodałam gadżet instagrama na którego serdecznie Was zapraszam /chamska reklama aa/ bo ostatnio udaje mi się upilnować postowanie wyselekcjonowanych i pasujących zdjęć. Zapraszam też na Snapchata (shinynekomura) na dawkę głupkowatych vlogów z życia codziennego.
Natomiast w kwestii zdjęć - jestem z nich strasznie zadowolona a to pierwsza udana sesja przed obiektywem mojego chłopaka.








sweater - New Yorker / jeans - Stradivarius / shoes - H&M / bag - Stradivarius
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka